Przemyślenia po dzisiejszym dniu - po pierwsze, wiosna pola w Austrii są uroczo żółte. Po drugie, srebrny magnum jest całkiem smaczny. Po trzecie, nikogo nie powinno dziwić popiersie papieża zachęcającego do picia wina. Po czwarte, w Primarku zawsze znajdzie się coś fajnego do kupienia. A po piąte, Wiedeń wieczorem jest piękny i potrafi mnie ciągle zaskoczyć - podróże faktycznie kształcą! Czas spać, jutro kierunek Turyn! :)
środa, 23 kwietnia 2014
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
Zaginiona dziewczyna
Dziś książka, która miała mi umilać podróż do Włoch, ale po przeczytaniu pierwszego rozdziału już nie mogłam się od niej oderwać - Zaginiona dziewczyna Gillian Flynn.
Upalny, letni poranek. Nick i Amy obchodzą 5. rocznicę ślubu. Nagle Nick dostaje telefon od sąsiada, że coś się stało w jego domu. Kiedy tam przyjeżdża odkrywa, że jego żony tam nie ma. Zgłasza jej zaginięcie, ale jego nietypowe zachowanie sprawia, że staje się głównym podejrzanym. Czy to Nick stoi za zaginięciem swojej żony? Co się tak naprawdę wydarzyło?
Książka napisana jest w narracji 1-osobowej, ale zmienia się narrator: postępy w śledztwie poznajemy z perspektywy Nicka, wizję ich 5-letniego małżeństwa z dziennika Amy. Dzięki takiemu zabiegowi autorka łatwo może mieszać nam w głowie - poznajemy historię małżeństwa z dwóch perspektyw, każda z nich jest subiektywna, a to nie ułatwia nam w zdecydowaniu, kto jest winny (i co się tak naprawdę stało: czy Amy tylko zaginęła, czy może została zamordowana? Czy za tym wszystkim stoi Nick, który przyznaje się, że w czasie przesłuchania ciągle kłamał i skrywa kilka tajemnic? A może fakt, że Amy była pierwowzorem postaci z książek o Niezwykłej Amy sprawił, że ktoś pomieszał fikcję z rzeczywistością i chciał ją mieć na własność?). Autorce udało się kilka razy wyprowadzić mnie w pole, co wprost uwielbiam - nie lubię książek, w których wszystko staje się jasne po dwóch rozdziałach, a główny bohater nie umie połączyć prostych faktów prawie do końca książki. Świetnie pokazała, jak ogromny wpływ na policyjne śledztwo mają media - jak łatwo jest nimi manipulować i jak szybko opinia publiczna może kogoś skazać albo pokochać. Plusem jest dla mnie różnorodność postaci - nikt nie jest tu czarno-biały, każdy ma swoje tajemnice, ukryte motywy. Niektóre z nich zostały napisane trochę za grubą kreską, ale na szczęście nie są karykaturalne. Przyznaję, było kilka słabszych momentów, ale nie zmienia to faktu, że Zaginioną dziewczynę pochłonęłam w kilka godzin. Już dawno żadna książka mnie tak nie wciągnęła. Polecam z czystym sumieniem!
Jeszcze jedno - o książce dowiedziałam się, kiedy przeczytałam informację, że powstanie jej ekranizacja, a za kamerą stanie David Fincher. Mam wielką nadzieję, że wyciśnie z książki jak najwięcej i dostaniemy świetny thriller. Premiera już w październiku!
piątek, 18 kwietnia 2014
Moda to zakon kobiecy, czyli o serialowych ikonach mody
Na samym początku muszę napisać o 3 rzeczach, które musicie wiedzieć przed czytaniem tego wpisu. Po pierwsze, jestem miłośniczką seriali, oglądam ich zdecydowanie za dużo, a do niektórych mam prawdziwą słabość. Po drugie, kocham piękne rzeczy. No i po trzecie - uwielbiam modę. Teraz już wiadomo, skąd pomysł na dzisiejszy post - wczorajsza powtórka kilku pierwszych odcinków Plotkary przypomniała mi, że jednym z głównych powodów, dla których oglądałam ten serial, była absolutnie obłędna garderoby bohaterek. Zaczęłam się później zastanawiać, kto poza Blair i Sereną zasługuje według mnie na tytuł serialowej ikony mody i tak powstała krótka lista. Wybór jak zwykle mocno subiektywny. ;)
Blair Waldorf i Serena Van Der Woodsen z serialu Plotkara - młode, bardzo bogate przyjaciółki z Upper East Side ze świetnym gustem. Osobiście wolę styl Blair, był bardziej elegancki, zamiłowanie Sereny do bardzo krótkich szortów czy sukienek nie zawsze było moim zdaniem na miejscu, ale przyznaję, jej miejski styl bardzo często wzbudzał we mnie zazdrość. Dziewczyny udowodniły, że nawet w szkolnym mundurku można świetnie wyglądać, a zwykła impreza to idealna okazja na mały pokaz mody. Warto podkreślić, że w tym serialu każdy był rewelacyjnie ubrany, wszystkie koleżanki Blair, matka Sereny czy ukochani głównych bohaterek zawsze wyglądali, jakby dopiero zeszli z wybiegu.
Olivia Pope to główna bohaterka serialu Skandal i najlepiej ubrana kobieta w Waszyngtonie. Olivia ma talent do rozwiązywania skomplikowanych spraw i świetnego dobieranie ubrań. Jej kolekcja płaszczy jest zachwycająca! Zawsze wygląda rewelacyjnie, czy ma na sobie idealnie skrojony garnitur czy przepiękną suknię. Przyznaję, że z niecierpliwością czekam na kolejne odcinki - oprócz wciągających wątków czekam na to, co tym razem założy na siebie Olivia.
Claire Underwood z serialu House of Cards. Jej styl jest absolutnie perfekcyjny - zawsze wygląda świetnie. Claire jest wierna stonowanym kolorom (biel, czerń, szarość) i dopasowanym krojom (jestem prawie pewna, że wszystkie jej ubrania są szyte na miarę). Klasyka i elegancja - tak najlepiej opisać styl Claire. Jej ubrania mówią nam dużo o jej charakterze - pani Underwood to kobieta opanowana, nie pokazująca emocji, według niektórych jest jak królowa śniegu czy lady Makbet. Owszem, to prawda, ale za to jak rewelacyjnie ubrana!
Carrie Bradshaw z Seksu w wielkim mieście to jedna z największych fashionistek w historii seriali. Patricia Field odpowiedzialna za stylizacje wszystkich bohaterek serialu najwyraźniej miała słabość do Carrie, to ona od początku miała najlepsze ubrania (w pierwszym sezonie Mirandzie daleko było do tytułu miłośniczki mody). Oczywiście nie wszystko stroje panny Bradshaw były moim zdaniem trafione, ale zdecydowana większość jej stylizacji była świetna. Należ też pamiętać że serial powstał w 1998 roku, a wtedy większość kreacji Carrie było uznawanych za kontrowersyjne. Z perspektywy czasu niektóre z nich wyglądają tandetnie, ale na pewno nie można jej odmówić tego, że z czasem to ona zaczęła wyznaczać trendy.
Moja lista jest krótka i dla wielu osób mocno przewidywalna, wiem też, że brakuje na niej przedstawicielek serialu Mad Men (do nadrobienia w te wakacje!), Brzydula Betty (tego na razie nadrabiać nie mam zamiaru) czy wielu, wielu innych. Właśnie, kto według Was powinien znaleźć się na liście, a która Pani nie zasługuje na tytuł serialowej ikony mody?
czwartek, 17 kwietnia 2014
Elementary
Uwielbiam Sherlocka, bardzo podobały mi się filmowe przygody najsłynniejszego detektywa na świecie (w reżyserii Guy'a Ritchiego), przeczytałam już część książek (niektóre jeszcze przede mną, dawkuję sobie tę przyjemność), teraz przyszedł czas na amerykańską odpowiedź na brytyjską uwspółcześnioną wersję Holmesa. Dziś w roli głównej Elementary.
Sherlock Holmes (Jonny Lee Miller) to geniusz dedukcji. Spotykamy go w chwili, kiedy kończy odwyk i chce wrócić do pracy. Na jego drodze staje dr Joan Watson (Lucy Liu), zatrudnił ją ojciec Sherlocka jako towarzyszkę trzeźwości dla swojego syna. Dr Watson była chirurgiem, ale po śmierci pacjenta zrezygnowała z medycyny i zaczęła pomagać osobom wychodzącym z nałogu. Jak ułożą się ich relacje?
Bardzo sceptycznie podeszłam do Elementary, zakochałam się w uwspółcześnionej przez BBC wersji przygód Holmesa, dlatego jak usłyszałam, że Amerykanie rozpoczęli produkcję własnej wersji, nie byłam zachwycona pomysłem. Co się okazało? Elementary to bardzo dobry serial kryminalny, który ma jednak trochę mało wspólnego z Sherlockiem. Oczywiście para głównych bohaterów nazywa się Holmes i Watson, ale pierwsza znacząca zmiana to zrobienie z Johna Watsona Joan Watson. Od pierwszego odcinka obawiałam się, że twórcy będą chcieli dwójkę głównych bohaterów zeswatać (jak pokazują przykłady Kości, Castle, itd), na szczęście na razie nie zdecydowali się na ten krok. Widać między nimi fajną, przyjacielską relację i niech tak zostanie jak najdłużej. Brakuje mi trochę Lestrade'a, zamiast niego jest kapitan Gregson i detektyw Bell (Lestrade pojawia się, ale tylko w epizodzie i dopiero w 2 sezonie). Dostajemy możliwość poznania brata Sherocka, Mycrofta (Rhys Ifans), który mocno odbiega od Mycrofta znanego nam z serialu BBC. Tutaj jest szefem kilku restauracji i ma kilka tajemnic - mam nadzieję, że to faktycznie będą jakieś ważne sekrety, a nie błahy powód, aby popchnąć akcję do przodu. Skoro to serial o genialnym detektywie, nie może zabraknąć też mistrzów zbrodni. Milverton, opisywany przez Doyle'a jako król szantażu tu ledwo pojawia się na ekranie, a jego historia nie zapada wyjątkowo w pamięci (w przeciwieństwie do brytyjskiej wersji, Magnussena ciężko zapomnieć). Jednym z wątków przewodnich całego serialu jest Moriarty, czyli jeden z największych wrogów Holmesa. Przyznaję, co to zaprezentowali twórcy w przypadku tej postaci, bardzo mi się podobało, aczkolwiek nie było dla mnie zaskoczeniem (przeglądanie tumblra ma też swoje złe strony, jak choćby to, że nawet przypadkiem można się natknąć na spoilery), dlatego jeśli nie oglądaliście serialu omijajcie szerokim łukiem spoilery, będziecie mieć większą frajdę z oglądania. Podobają mi się nawiązania do kanonu, jak hodowla pszczół przez Sherocka czy jego prace na temat rodzajów popiołu, ale nie jestem w 100% przekonana do wątku z uzależnieniem od narkotyków. Kiedy Doyle pisał swoje książki, zażywanie kokainy nie było tak szokujące jak jest teraz, a amerykańscy twórcy zrobili z uzależnienia Sherlocka jeden z głównych motywów. Fakt, to nadaje serialowi dramatyzmu i pozwala Jonny'emu pokazać jakim jest świetnym aktorem, ale nie wiem, czy autor byłby zadowolony z tego zabiegu. Moim największym problemem z serialem jest to, że to tak naprawdę kolejny procedural. Dwójka głównych bohaterów rozwiązuje zagadki kryminalne, a ja z zegarkiem w ręku wiem, kiedy odkryją już na 100%, kto i dlaczego zabił. Oczywiście, ta dwójka to nie jest zwykły Jon Doe z kompanem, ale Sherlock Holmes i dr Watson, którzy używają w czasie śledztwa metod dedukcji, co nie zmienia faktu, że w obecnych czasach praktycznie każdy serial kryminalny posiada genialnego policjanta czy śledczego. Detektyw Monk, Mentalista czy dr Brennan - wszyscy są świetnymi obserwatorami, ich metody bardzo przypominają metody śledztwa Holmesa. Kiedy BBC wyemitowało 3 sezon Sherocka, padły głosy, że skoro mają tak mało odcinków (3 na sezon), to po co coś zmieniać w strukturze (chodziło zwłaszcza o 2 odcinek, kiedy sprawa kryminalna pojawia się bardzo późno, wcześniej akcja koncentruje się na relacjach między bohaterami). Moim zdaniem to był świetny zabieg, ponieważ pokazał, że wpadanie w schemat jest dobre, ale dla produkcji, które możemy oglądać na ekranie tydzień w tydzień. Tak właśnie robią twórcy Elementary - zauważywszy potencjał współczesnego Sherlocka, postanowili zrobić coś podobnego dla amerykańskiego widza. Dlatego moim zdaniem zdecydowali się na sprawdzony schemat seriali proceduralnych, do których widownia była przyzwyczajona. Na szczęście do tego schematu dorzucili genialnego detektywa i bardzo dobrego aktora, który go zagrał. Owszem, Lucy Liu świetnie się prezentuje na ekranie (ta jej garderoba! - tak przy okazji, za każdym razem kiedy Sherlock wybiera Joan ubrania zaskakuje mnie wyczuciem w doborze strojów), a między nią a Jonny jest fajna chemia, to jednak według mnie serial swój sukces zawdzięcza właśnie Jonny'emu. Jest zachwycający, a co dla mnie niezwykle ważne, stworzył własną wersję Holmesa. Tak naprawdę dla niego obejrzałam wszystkie odcinki i czekam na kolejne.
Jeśli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z Elementary, a lubicie seriale kryminalne i Sherlocka Holmesa (dokładnie w takiej kolejności), to warto nadrobić zaległości. Ja się wciągnęłam i zastanawiam się, co ciekawego pokażą nam tym razem w finale sezonu.
Jeśli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z Elementary, a lubicie seriale kryminalne i Sherlocka Holmesa (dokładnie w takiej kolejności), to warto nadrobić zaległości. Ja się wciągnęłam i zastanawiam się, co ciekawego pokażą nam tym razem w finale sezonu.
sobota, 12 kwietnia 2014
Siblings Day, czyli o serialowych rodzeństwach
W czwartek, 10 kwietnia, w Stanach był Narodowy Dzień Rodzeństwa. U nas to święto przeszło bez echa, sama o nim nie wspomniałam, ale dziś nadrabiam zaległości. Dzisiejszy wpis poświęcony będzie serialowym rodzeństwom - wybór jak zwykle mocno subiektywny. :)
1. Monica Geller (Bing) i Ross Geller - czyli rodzeństwo z Przyjaciół. Monica ma obsesje na punkcie sprzątania i kontrolowania absolutnie wszystkiego, Ross jest paleontologiem, którego żona zostawiła dla innej kobiety. On to ulubieniec rodziców, ona jest za wszystko krytykowana. On od dzieciństwa uwielbia dinozaury, ona uwielbiała jeść (kiedyś grubaska, teraz szefowa kuchni). On od liceum zakochany w tej samej dziewczynie, ona związuje się z jego najlepszym przyjacielem. Obydwoje niezwykle uparci, źle znoszą przegraną, a rywalizacja to dla nich najlepszy sposób na wszystko (z tego powodu mieli zakaz gry w rugby). Co najciekawsze w tej relacji, mimo tylu różnic, zawsze się wspierali i przyjaźnili (kiedy oglądaliśmy Rachel z jej siostrami łatwo mogliśmy zauważyć różnice - te dziewczyny umiały znaleźć wspólny język tylko wtedy, kiedy obgadywały jedną z nich).
2. Charlie i Alan Harper -bracia z Dwóch i pół. Charlie to singiel, który dorobił się pisząc jingle do reklam. Kiedy Alan musi wyprowadzić się z domu, niechętnie przyjmuje go pod swój dach. Razem z synem Alana, Jakiem, stanowią niezwykle zabawne trio. Różnice w podejściu do kobiet, zarabiania pieniędzy czy kompletnie odmienny styl życia stanowią tło do komicznych sytuacji.
3. Sherlock i Mycroft Holmes - dwa najpotężniejsze umysły w Wielkiej Brytanii. Mycroft pracuje dla rządu, Sherlock jest prywatnym detektywem. Diabelnie inteligentni (chociaż Sherlock wychowywał się w poczuciu, że jest głupi - tak traktował go Mycroft, dopiero poznanie innych dzieci uświadomiło im, że to nie do końca jest prawda), wyjątkowo uparci bracia. Łączy ich słabość do papierosów, dzieli światopogląd, ale w 3 sezonie dowiadujemy się, że mimo chłodnej relacji są w stanie zrobić dla siebie naprawdę dużo.
4. Claire Dunphy i Mitchell Pritchet -rodzeństwo ze Współczesnej rodziny. Kiedy ojciec ponownie się ożenił z dużo młodszą od siebie kobietą, w ich życiu zapanował delikatny chaos. Claire ma męża i trójkę dzieci, a Mitchell razem ze swoim partnerem, Cameronem, adoptowali córeczkę. Relacje rodzeństwa to jeden z powodów, że widzowie śmieją się do łez. Różnią się od siebie podejściem do życia, ale wiedzą, że mogą na siebie liczyć (zwłaszcza jeśli ich macocha, Gloria, znowu wymyśli coś szalonego).
5. Meredith i Lexie Grey & 6. Meredith Grey i Cristina Yang - Twisted Sisters
Meredith Grey z Grey's Anatomy miała dwie siostry: rodzoną i z wyboru. Pierwszą poznała, kiedy Lexie pojawiła się w szpitalu jako stażystka. Ich relacja była trudna, Mer nie chciała zaakceptować młodszej siostry (miały wspólnego ojca, ale różne matki), na szczęście z czasem stały się sobie bardzo bliskie. Co do Cristiny, ich faceci nazywają je twisted sisters. Od pierwszego odcinka połączyła ich niezwykle bliska więź. Co mają wspólnego? Słabość do tequili, tańca i przystojnych lekarzy (każda z nich wyszła za mąż za innego pracownika szpitala). Pewne rzeczy ich dzielą (np Mer bardzo chciała mieć dziecko, Cristina poddała się aborcji), ale przez 10 lat przeszły razem mnóstwo, jak choćby katastrofę samolotu czy strzelaninę w szpitalu, co spowodowało, że ich relacja jest tak silna.
7. Kelly i Bud Bundy - dzieci Ala i Peggy to nie jest potomstwo, którym chwalisz się przed sąsiadami. Bud to kobieciarz, a Kelly poza urodą nie posiada już nic więcej do zaoferowania (delikatnie rzecz ujmując jest naprawdę głupia). W połączeniu z rodzicami stanowili wyjątkową rodzinę, która przez kilka lat bawiła miliony widzów.
8. Majka, Filip, Romek, Zosia i Eliza Kwiatkowscy - Anka i Jacek mieli dwójkę biologicznych dzieci, Majkę i Filipa, ale postanowili stworzyć rodzinę zastępczą dla Romka, Zosi i Elizy. Od tej pory dzieciaki wpadały razem w kłopoty, wymyślały zabawy i darły ze sobą koty, jak prawdziwe rodzeństwo.
9. Jenny i Dan Humphrey - pokręcona para z Brooklynu, której największym marzeniem było przedostanie się do elity Nowego Jorku. Dzięki elitarnej szkole poznali najpopularniejszych nastolatków z Manhattanu, a brunche, pokazy mody i ich zdjęcia na Plotkarze stały się dla nich codziennością. Z każdym kolejnym sezonem mogliśmy się przekonać, jak wiele są w stanie poświęcić dla awansu społecznego.
10. Magda Miłowicz i Sebastian Lewicki - nietypowe rodzeństwo: nie łączą ich więzy krwi, ale przyjaźni. Są jedynakami, ale z wyboru mają siebie i traktują się jak brat z siostrą. Wspierali się, wspólnie oglądali Casablancę i jedli lody z popcornem. Sebastian ustawił Magdzie magnetowid (za dużo tych przycisków!), ona w zamian robiła mu tartę ze szpinakiem.
Koniec mojej listy, wiem, że na pewno brakuje tu wielu bohaterów z różnych seriali, ale jak pisałam na początku, wybór był mocno subiektywny. A kogo Wy dopisalibyście do tej listy? :)
8. Majka, Filip, Romek, Zosia i Eliza Kwiatkowscy - Anka i Jacek mieli dwójkę biologicznych dzieci, Majkę i Filipa, ale postanowili stworzyć rodzinę zastępczą dla Romka, Zosi i Elizy. Od tej pory dzieciaki wpadały razem w kłopoty, wymyślały zabawy i darły ze sobą koty, jak prawdziwe rodzeństwo.
9. Jenny i Dan Humphrey - pokręcona para z Brooklynu, której największym marzeniem było przedostanie się do elity Nowego Jorku. Dzięki elitarnej szkole poznali najpopularniejszych nastolatków z Manhattanu, a brunche, pokazy mody i ich zdjęcia na Plotkarze stały się dla nich codziennością. Z każdym kolejnym sezonem mogliśmy się przekonać, jak wiele są w stanie poświęcić dla awansu społecznego.
10. Magda Miłowicz i Sebastian Lewicki - nietypowe rodzeństwo: nie łączą ich więzy krwi, ale przyjaźni. Są jedynakami, ale z wyboru mają siebie i traktują się jak brat z siostrą. Wspierali się, wspólnie oglądali Casablancę i jedli lody z popcornem. Sebastian ustawił Magdzie magnetowid (za dużo tych przycisków!), ona w zamian robiła mu tartę ze szpinakiem.
Koniec mojej listy, wiem, że na pewno brakuje tu wielu bohaterów z różnych seriali, ale jak pisałam na początku, wybór był mocno subiektywny. A kogo Wy dopisalibyście do tej listy? :)
niedziela, 6 kwietnia 2014
10 zalet bycia fanem brytyjskich aktorów
Od zawsze mam słabość do brytyjskiego akcentu i dobrych aktorów. Podkreślę tu słowo dobrych, bo od bardzo długiego czasu o tym, czy kogoś lubię nie decyduje tylko wygląd, ale przede wszystkim talent. Uwielbiam Jacka Nicholsona, a nie należy on do kręgu największych przystojniaków z Hollywood. Oczywiście wygląd też jest ważny i jeśli mój nowy ulubieniec poza umiejętnościami jest również przystojny, to nigdy nie narzekam. Na szczęście mam nosa do takich, którzy mają w sobie dwa w jednym. Wracając jednak do meritum, ostatnia rozmowa na temat ulubionych aktorów uświadomiła mi, że jakieś 80% moich ulubieńców pochodzi z wysp brytyjskich. Zdecydowana większość aktorów, którzy w ostatnim czasie zdobyli ogromną popularność to Brytyjczycy - mam tu na myśli choćby Toma Hiddlestona czy Benedicta Cumberbatcha. Nie będę się dziś skupiać, skąd wziął się ten fenomen, ale na tym, co może dać nam bycie fanem brytyjskich aktorów. A daje nam sporo fajnych rzeczy. :)
1. Na samym początku listy jest William Szekspir. Oczywiście świetnie zdaję sobie sprawę, że jego twórczość poznajemy w szkole, ale przecież napisał on znacznie więcej niż Romea i Julię, Hamleta i Makbeta. Jako fanka Hiddlestona nie mogłam przegapić okazji zobaczenia go na deskach teatru (niestety widziałam tylko nagranie spektaklu pokazywane w Multikinie, ale co się odwlecze...) w tytułowej roli w spektaklu Koriolan. Wstyd przyznać, ale wcześniej nie znałam tej sztuki Szekspira, ale przed emisją spektaklu postanowiłam ją przeczytać. Nie zdziwi chyba nikogo jeśli napiszę, że to świetny tekst. Zaskakujący aktualny i wyjątkowo poważny. Podziękowanie należy się również innemu Brytyjczykowi, Ralphowi Fiennesowi - jego ekranizacja Koriolana była świetna i gdybym ją zobaczyła jako pierwszą, też chętnie sięgnęłabym po tekst Szekspira. Jeśli też wcześniej nie czytaliście Koriolana, koniecznie nadróbcie zaległości - naprawdę warto!
2. Kolejne na liście są nieznane szerszej publiczności filmy. Jeśli lubię jakiegoś aktora lub aktorkę, to staram się obejrzeć jak najwięcej produkcji z ich udziałem. Dzięki słabości do McAvoya, Cumberbatcha i Gatissa trafiłam na Miłosną układankę (bardzo przyjemny film o dorastaniu, studiach i miłości), nazwisko Hiddlestona i Rachel Weisz na liście obsady to główny powód, dla którego obejrzałam Głębokie błękitne morze (historia romansu nieszczęśliwej mężatki i pilota RAFu). Bardzo możliwe, że kiedyś bym te filmy obejrzała, ale patrząc na to, jak wiele jest filmów, mogłabym je przegapić. Dzięki kluczowi "oglądam produkcje moich ulubionych aktorów" na szczęście je zobaczyłam.
3. Była mowa o filmach, czas na seriale. Większość z nich w Polsce przeszła bez echa, w Wielkiej Brytanii są dość znane, niektóre z nich to prawdziwe hity. Nadrabiając zaległości w filmografii Cumberbatcha trafiłam na serial Fortysomething, gdzie miałam przyjemność obejrzeć go obok Hugh Lauriego (tak, tego pana też bardzo lubię), a w najbliższym czasie planuję obejrzeć Koniec defilady z Cumberbatchem i Rebeccą Hall.
4. Skoro padło już hasło Hugh Laurie, to czas na kolejną dawkę literatury. W czasie największego szału na Dr. House'a trafiłam na książkę, którą napisał Laurie. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że to była świetna decyzja - jeśli jeszcze nie czytaliście Sprzedawcy broni, koniecznie musicie nadrobić zaległości! Zapewne nie kupiłabym jej gdyby nie fakt, że została napisana przez tę konkretną osobę, na szczęście magia nazwiska zadziałała. Ja cudownie się bawiłam i jestem pewna, że miłośnicy brytyjskiego poczucia humoru nie będą zawiedzeni.
5. Na liście są już książki, filmy i seriale, ale nie mogę zapomnieć o słuchowiskach. Ja ostatnio zakochałam się w Cabin Pressure - tak, wiem, wszyscy słyszeli to dużo wcześniej. Jak to mówią, lepiej późno niż wcale, prawda? Zaczęłam słuchać dla Cumberbatcha (serio, jego głos jest niesamowity - mógłby przeczytać nawet książkę telefoniczną, a i tak bym jej wysłuchała), a odkryłam wspaniały sitcom. Dawkuję sobie tę przyjemność, bo wiem, że ostatni odcinek został już nakręcony, ale Wam gorąco polecam przygody kapitana Martina i całej załogi MJN.
6. Niezależnie od tego, jak długo uczycie się angielskiego, zawsze są jakieś słówka, których nie znacie. Oglądanie i czytanie wywiadów z Cumberbatchem czy Hiddlestonem zapewni Wam poszerzenie słownictwa. Wystarczy obejrzeć spotkanie Toma z Ciasteczkowym Potworem ;)
7. Skoro przy nauce jestem, nic tak nie pomaga przy pracy nad akcentem jak słuchanie wypowiedzi po angielsku z perfekcyjnym akcentem, natomiast dzięki McAvoyowi możecie łatwo się dowiedzieć, jak mówią Szkoci. A jeśli jeszcze na dodatek lubicie poezję, to aplikacja The love book musi znaleźć się na Waszym telefonie.
8. Wiadomo, że Brytyjczycy to idealni aktorzy do grania czarnych charakterów. Jeśli oglądaliście Avengersów, Iron Mana 3 czy X-Men: Pierwsza klasa, to świetnie wiecie, co mam na myśli. Są jednak osoby, które uważają adaptacje komiksów za idiotyczne filmy i dopiero udział ich ulubionego aktora skłania ich do nadrobienia zaległości, dzięki czemu mogą się przekonać, że to kawałek naprawdę dobrego kina. A wszystko dzięki opinii Amerykanów, że jeśli zły, to z Wielkiej Brytanii (ewentualnie z Francji, bo Rosjanie im się najwyraźniej przejedli).
9. Teraz punkt dla pań - jeśli lubicie jakiegoś brytyjskiego aktora i poznacie go trochę lepiej, tzn poczytacie wywiady, artykuły, itd, to nagle się okaże, że Wasze wymagania co do chłopaka troszkę wzrosły. Oczywiście żartuję, ale trzeba przyznać, że słuchając niektórych wypowiedzi Toma, Bena czy Jamesa na temat kobiet można westchnąć i pomyśleć, że takich dżentelmenów jest na świecie ostatnio chyba troszkę mniej.
10. Największą zaletą jest sam fakt, że jeśli lubicie jakiegoś brytyjskiego aktora, to jest dużo większa szansa niż w przypadku jego amerykańskiego kolegi, że jest naprawdę zdolny. W Wielkiej Brytanii teatr wciąż jest niezwykle ważny, większość aktorów kończy szkołę (np RADA czy LAMDA), no i kiedy dopada ich sukces na dużą skalę, to zazwyczaj wcześniej już sporo grali, dlatego nie uderza im często przysłowiowa woda sodowa. Akcent, styl, talent, wygląd, poczucie humoru - czego chcieć więcej? :)
piątek, 4 kwietnia 2014
Global Twinkle
Na samym początku czas na szczerą deklarację - ponieważ na fb dostaję mnóstwo zaproszeń na wydarzenia, nie jestem w stanie przeczytać każdego dokładnie. Te dotyczące imprez w klubach odrzucam od razu, te związane z kulturą czy fundacją czytam zawsze, a innym przyglądam się losowo. Traf chciał, że dokładnie przeczytałam zaproszenie od Wiktorii Wojciechowskiej. Znamy się już bardzo długo (nie wypada publicznie mówić, jak długo, napiszę zatem tylko, że od przedszkola), zawsze ceniłam jej pomysły i projekty (do tej pory pamiętam świetną scenografię, którą zrobiła do naszego spektaklu w gimnazjum), dlatego uznałam, że zobaczę, co robi tym razem. Pomysł okazał się genialny w swojej prostocie - należy zrobić zdjęcie aparatem w telefonie komórkowym. Każdy robi je o tej samej porze i fotografuję to, co aktualnie ma przed sobą. Dzięki temu można zobaczyć, co ktoś na drugim końcu świata robił w dokładniej tej samej chwili co my. Wkręciłam się i już dwa razy wysłałam zdjęcia na kolejne edycje Global Twinkle. Wszystkie zdjęcia można potem obejrzeć na stronie globaltwinkle.tumblr.com. Zachęcam Was do podjęcia wyzwania, a Wiktorii gratuluję świetnego pomysłu. Nie mogę się już doczekać następnego global twinkle! :)
Moje zdjęcia wysłane do projektu:
czwartek, 3 kwietnia 2014
Niezgodna
Od kiedy mam bloga na tumblrze jestem na bieżąco z najpopularniejszymi książkami i filmami w Stanach Zjednoczonych. Po ogromnym sukcesie Igrzysk Śmierci przyszedł czas na Niezgodną Veronici Roth. Uznałam, że skoro Igrzyska okazały się całkiem fajną książkę, to dam szansę również tej. Co z tego wyszło?
Beatrice ma 16 lat i mieszka z rodzicami i bratem w Chicago. Na pierwszy rzut zwyczajna nastolatka, ale szybko okazuje się, że to tylko pozory. Beatrice żyje w świecie podzielonym na frakcje: altruizm (bezinteresowność), nieustraszoność (odwaga), erudycja (inteligencja), prawość (uczciwość) i serdeczność (życzliwość). Teraz musi dokonać wyboru: zostać z rodziną w serdeczności czy może przejść do innej frakcji? W podjęciu tej decyzji ma jej pomóc test predyspozycji, ale jego wynik okaże się zaskakujący. Na którą frakcję zdecyduje się Beatrice? I co się stanie, kiedy ktoś postanowi wykorzystać jedną frakcję przeciwko pozostałym?
Wiem, sam opis już wskazuje, czego się mogłam spodziewać, ale czytałam już gorsze rzeczy. Po przeczytaniu doszłam do wniosku, że już nie jestem grupą docelową tej pozycji (książka należy do gatunku young - adult). Fabuła wcale nie jest tak skomplikowana, jak zapewniały setki wpisów na tumlbrze (naprawdę, wszystkiego się można bardzo łatwo i szybko domyślić, dlatego irytujące były zachwyty innych postaci nad inteligencją głównej bohaterki, skoro ona tak ciężko kojarzyła fakty). Zamiast zaskakujących zwrotów akcji dostajemy tandetny wątek miłosny - czy w każdej książce o nastolatkach większość czasu musimy spędzić na czytaniu westchnień głównej bohaterki do tajemniczego chłopaka? Może to jest sposób na napisanie bestselleru, ale ja już tego nie kupuję. Wiem, że większość 16-latek ciągle myśli o problemach sercowych, ale co za dużo, to jednak niezdrowo. Z jednej strony mamy romantyczne uniesienia i ukradkowe spojrzenia, a z drugiej bardzo brutalne opisy walk pomiędzy członkami frakcji. Tris (bo takie imię przyjęła Beatrice w swojej nowej frakcji) kilka razy zostaje wyjątkowo dotkliwie pobita, ale wszyscy uważają, że to w porządku, bo działo się w czasie szkolenia. Do kompletu dostajemy najpierw próbę zabójstwa, a potem autorka się rozkręca i mówiąc kolokwialnie trup trupa pogania. Wyszła z tego zadziwiająca mieszanka romansu i brutalnej wojny w dystopijnym świecie. Przyznaję, książka jest wciągająca, przeczytałam ją bardzo szybko, ale nie wniosła w moje życie nic nowego (tu jestem w mniejszości, ponieważ czytając opinie amerykańskich czytelniczek można odnieść wrażenie, że historia Tris pozwoliła im odkryć jakąś prawdę objawioną. Ja niestety tego nie doświadczyłam). Nie wiem, czy to kwestia tego, że wcześniej przeczytałam sporo innych i lepszych pozycji, a może tego, że nie mam już 16-stu lat, ale nie jestem Niezgodną zachwycona. To według mnie naprawdę średnia książka, co nie zmienia faktu, że pewnie obejrzę jej ekranizacją - liczę, że będę bardziej zadowolona niż po lekturze.
środa, 2 kwietnia 2014
Londyn z przymrużeniem oka
Dokładnie rok temu, 2 kwietnia, rozpoczęłyśmy nasz wypad do Londynu. To był cudowny czas, ale na miejscu okazało się, że sporo rzeczy nas zaskoczyło. Dlatego pomysł na dzisiejszy wpis - Londyn z przymrużeniem oka. Pisałam już o Rzymie (TUTAJ), teraz przyszedł czas na Londyn!
1. Londyn to miasto magiczne, w pokrętny sposób interpretujące nasze wyznania, prośby i życzenia. Przykład? Proszę bardzo: ledwo wyraziłam ulgę, że nasza podróż przebiega tak bezproblemowo (a dużo mogło pójść nie tak, w końcu jechałyśmy busem, potem samolot, znowu bus, no i w końcu metro - jedno drobne spóźnienie i miałybyśmy kłopot z noclegiem :p), a chwilę później z głośników padł komunikat o awarii. Kiedy następnego dnia cieszyłam się, że pada w Polsce, a nie tam, to chwilę później spadło z nieba kilka kropel. Szybko nauczyłyśmy się, żeby nie mówić pewnych rzeczy na głos.
2. Już pierwszego dnia zwróciłyśmy uwagę na napisy przy przejściu dla pieszych - okazało się, że są niezbędne. Niby pamiętamy, że w Anglii jest ruch lewostronny, ale łatwo o tym zapomnieć i prawie wpaść pod samochód, jak my zaraz po wyjściu ze stacji metra. Warto pamiętać, w którą stronę spojrzeć, zanim wyjdziecie na ulicę.
3. Po czym łatwo poznać Polaka? Po tym, że zawsze stara się siedzieć z przodu w piętrowym autobusie. Kilkudniowe badanie, które prowadziłyśmy, dowodzą, że jeśli ktoś biegnie w autobusie po schodach na górę, to albo jest to dziecko, albo nasz rodak.
4. Kiedy jesteśmy w obcym mieście, bardzo często pytamy się mieszkańców o drogę, to zupełnie naturalne. W Londynie należy do ich odpowiedzi podchodzić z pewną dozą ostrożności - mogą Was skierować na stację metra, która jest zamknięta.
5. Nie miałyśmy okazji odwiedzić londyńskiego zoo, ale udało nam się zobaczyć różne zwierzęta - od wiewiórki po szczurokota. Mała wskazówka, jeśli chcecie zobaczyć szczurokota, to rozglądajcie się uważnie wieczorami, wtedy wychodzą na łowy.
6. Czytajcie dokładnie i ze zrozumieniem etykiety - my kupiłyśmy czipsy octowe, ale byłyśmy przekonane, że mają zupełnie inny smak (vinegar to jednak ocet, a nie sos winegret).
7. Nie radzimy zamawiać pizzy z brokułami i kiełbasą - margerita to o wiele bezpieczniejszy i smaczniejszy wybór.
8. Nie wierzcie osobom, które mówią, że nie lubią zakupów, a na hasło primark wzruszają tylko ramionami - nigdy nie wiadomo, kiedy ogarnie ich prawdziwe zakupowe szaleństwo i wyjdą z kilkoma torbami więcej niż Wy.
9. Jaki jest najłatwiejszy sposób na naukę angielskiego? Powtarzajcie wszystko, co tylko usłyszycie. My byłyśmy echem wszystkich ogłoszeń na stacjach metra czy w autobusie. Nie przejmujcie się minami innych ludzi, tylko dzięki praktyce można opanować brytyjski akcent!
10. Oczekujcie nieoczekiwanego - nigdy w życiu nie spodziewałam się, że spotkam na ulicy Benedicta Cumberbatcha, a jednak się udało!
To tylko 10 rad, ale jest ich wiele więcej, jak na przykład "Niech Was nie zdziwi widok śpiewającego ochroniarza" albo "Dzieci turlające się po Tate Gallery to zupełnie normalny widok". Rada dla bardziej odważnych / szalonych (nieodpowiednie skreślić): poczujcie się znowu dziećmi i spróbujcie w muzeum odtworzyć rzeźbę czy obraz. Świetna zabawa! Pozwólcie sobie również czasami zabłądzić, bo na pewno traficie do niezwykłych miejsc. Spacerujcie z szeroko otwartymi oczami i dajcie się oczarować Londynowi! :)
![]() |
| Jak widać, pogoda w Londynie może być zmienna ;) |
![]() |
| Przed Państwem widźmirla - szczurokot niestety uciekł przed obiektywem |
![]() |
| Jak widać zakupy robiłyśmy nie tylko w Primarku ;) |
![]() |
| I Benedict - bo każdy pretekst jest dobry, żeby pochwalić się tym zdjęciem! |
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















































