środa, 15 stycznia 2014

Autograf Amandy Seyfried

Dziś kolejny autograf - zdobyłam go już dawno temu (pamiętam, że znalazłam go w swojej skrzynce 25 marca 2009 roku - to był wyjątkowy dzień i tylko dlatego wciąż kojarzę datę), ale niestety nie mam nigdzie zapisanej daty wysłania listu ani adresu. Jak widać, dużo później zaczęłam spisywać takie rzeczy ;)

poniedziałek, 13 stycznia 2014

71. ceremonia rozdania Złotych Globów

Dzisiaj w nocy w Stanach odbyła się uroczysta gala rozdania Złotych Globów. To jedne z najważniejszych nagród w przemyśle filmowym i bardzo często stanowią zapowiedź tego, jaki werdykt wyda Akademia Filmowa. Czy będzie taki sam jak ten, który zaprezentowało Hollywoodzkie Stowarzyszenie Prasy Zagranicznej? Tego dowiemy się 2 marca, a tymczasem czas na małe podsumowanie 71. gali Złotych Globów. 
Zacznijmy do kategorii filmowej - tutaj zwycięzcą jest American Hustle, film zdobył 3 nagrody - dla najlepszej komedii lub musicalu oraz dwie dla aktorek: Jennifer Lawrence i Amy Adams (najlepsza aktorka w komedii lub musicalu). Dwie nagrody zdobył Dallas Buyers Club, uhonorowani zostali Jared Leto i Matthew McConaughey (najlepszy aktor w dramacie). Po jednej statuetce zgarnęła Grawitacja (najlepszy reżyser: Alfonso Cuaron), Ona (najlepszy scenariusz), Wilk z Wall Street (najlepszy aktor w komedii lub musicalu: Leonardo DiCaprio), Blue Jasmine (najlepsza aktorka w dramacie: Cate Blanchett) oraz Zniewolony. 12 years a slave (najlepszy dramat). Statuetka dla najlepszego aktora drugoplanowego trafiła do Jareda Leto - po 6 latach przerwy zagrał w filmie, a jego rola w Dallas Buyers Club została doceniona i nagrodzona. Po raz kolejny zatryumfowała Jennifer Lawrence - w tym roku w jej ręce trafił Złoty Glob dla najlepszej aktorki drugoplanowej za rolę w filmie American Hustle. Czy dostanie również Oscara?
Przejdźmy do telewizji - tutaj aż produkcje zdobyły po 2 statuetki. Wielki Liberace tryumfował w kategorii najlepszy miniserial lub film telewizyjny, a Michael Douglas został najlepszym aktorem w miniserialu lub filmie telewizyjnym. Nowość od FOX, czyli Brooklyn nine-nine, pokonała rywali w kategorii najlepszy serial komediowy i najlepszy aktor w serialu komediowym lub musicalu (Adam Samberg). Serialem z dwoma globami na koncie jest również Breaking bad - ostatni sezon nagrodzony jako najlepszy serial dramatyczny, a Bryan Cranston został najlepszy aktorem w serialu dramatycznym. Piękne zakończeniu jednego z najlepszych seriali w historii. Co do pozostałych wygranych: Robin Wright zwyciężyła w kategorii najlepsza aktorka w serialu dramatycznym (House of cards), najlepszą aktorką komediową została Amy Poehler (Parks and recreations), a Jon Voight najlepszym aktorem drugoplanowanym (Ray Donovan).
Tyle o wygranych, kilka słów na temat samej gali i prowadzących. Większość laureatów nie stanowiła zaskoczenia, ale ich przemowy i tak dobrze się oglądało. Bardzo fajnie o aktorstwie mówił Matthew McConaughey, na twarzy Amy Adams widać było prawdziwe wzruszenie (you cannot play me out of talking about my daughter), a komentarz twórcy Brooklyn nine-nine, że tworzenie serialu jest dużo lepsze niż ratowanie ludziom życia (studiował medycynę) rozbroił wszystkich. Oczywiście znowu nie obyło bez wpadki z prompterem, a najlepszą osobą prezentującą nagrodę jest Emma Thompson, niech robi to częściej! A co do prowadzących - moim zdaniem dziewczyny świetnie dały sobie radę - ich wypowiedzi był naprawdę zabawne, nikt nie mógł czuć się bezpieczny (do moich ulubionych komentarzy należy ten o Grawitacji i George'u Clooneyu oraz o odchudzaniu Matthew do roli), ale wszyscy (zarówno siedzący na sali, jak i przed telewizorami) byli zachwyceni. Nic dziwnego, że to one za rok znowu będą pełnić rolę gospodyń tego wydarzenia. Do zobaczenia za rok, dziewczyny!
Dobra robota, dziewczyny!
Sezon nagród w pełni, za 1,5 miesiąca rozdanie Oscarów - znowu będzie warto zarwać nockę! 
Listę wszystkich nagrodzonych oraz nominowanych znajdziecie tutaj. 

niedziela, 12 stycznia 2014

Sometimes somebody has to die - "His Last Vow"

Kiedy BBC zapowiada, że czasami ktoś musi umrzeć, to może oznaczać tylko jedno - trzeci sezon Sherlocka zbliża się do końca, a finał będzie emocjonujący. Jak zwykle spełnili wszystkie obietnice - czas na jego ostatnią przysięgę...
Uwaga, możliwe spojlery!
John wrócił z podróży poślubnej, ale nie miał jeszcze okazji spotkać się ze swoim najlepszym przyjacielem. Okazja trafia się całkiem przypadkowo - kiedy Watson decyduje się poszukać zaginionego narkomana... Dowiaduje się, że w życiu Sherlocka zaszło sporo zmian. Dużych zmian. To wszystko jest jednak nie aż tak istotne jak pojawienie się na scenie nowej postaci - Charlesa Augustusa Magnussena.
Właściwie nie powinnam pisać już nic więcej, bo jeszcze przypadkiem coś zdradzę. Jeśli czytaliście Jego ostatni ukłon, to niektóre rzeczy nie powinny Was zdziwić (ten odcinek bardzo, bardzo odwołuje się do kanonu), ale z opisu fabuły to tyle, bo naprawdę jeszcze napiszę coś, co może komuś zepsuć przyjemność oglądania tego odcinka. Skupię się na reszcie, a jest na czym. Zacznę od aktorów - jak zwykle nie można się przyczepić. Do nikogo. Oczywiście Benedict i Martin grają na najwyższym poziomie, ale wszyscy dotrzymują im tempa. Co do Magnussena - u Mikkelsenów granie tych złych jest najwyraźniej rodzinne (jego brat, Mads, zagrał ostatnio Hannibala) i obydwu wychodzi to znakomicie. Magnussem jest bardzo opanowanym człowiekiem, ale jednocześnie jest przerażający i odpychający (i mam wrażenie, że ma braki w dobrym wychowaniu...). Nie można od niego oderwać wzroku, chociaż czasami naprawdę byśmy chcieli. Jeśli komuś w dwóch pierwszych odcinkach tego sezonu przeszkadzało, że twórcy za bardzo skupili się na bohaterach, ich relacjach i emocjach, a zagadka stanowiła tylko tło, to ten odcinek na pewno Was nie rozczaruje - główny nacisk położony jest na sprawę Magnussena (ale relacje międzyludzkie są tu chyba jeszcze ważniejsze niż do tej pory). Mamy kilka przeskoków czasowych, zaglądamy znowu do pałacu myśli, no i zgodnie z obietnicą ktoś musi zginąć... Na ewolucji postaci skupię się w podsumowaniu całego sezonu, dlatego teraz napiszę tylko, że nic nie jest takie, jak się wydaje. Jakby powiedział to dr House (medyczna wersja Sherlocka), wszyscy kłamią. Kłamstwo to motto większości bohaterów. Zbliżając się do końca (zaraz północ, a za 2 godziny ceremonia rozdania Złotych Globów), chcę jeszcze podkreślić, że twórcy zafundowali nam przejażdżkę emocjonalnym roller-coasterem, dorzucili do tego świetne ujęcia, kilka zwrotów akcji (ale niektórych rzeczy się domyśliłam, taka jestem mądra! :p), które mogą przyprawić o zawał i oczywiście rewelacyjnych aktorów, którzy sprawili, że 1,5h minęło jak chwilka. 
Podsumowanie całego sezonu już niedługo, jak na spokojnie przetrawię te 3 odcinki, a tymczasem nie pozostaje nam nic innego jak czekać. Znowu... 

czwartek, 9 stycznia 2014

Every fairytale needs a good old fashioned villain

Szaleństwo Sherlocka trwa, niedawny maraton dwóch pierwszych sezonów tego serialu natchnął mnie do dzisiejszego wpisu. Cytat widoczny w tytule to wypowiedź jednego z bohaterów. Którego? Tego dowiecie się, czytając dalej ;)

Na sam początku listy najsłynniejszy kanibal świata, czyli Hannibal Lecter.
Hannibal to mężczyzna idealny: esteta, z nienagannymi manierami, świetny psychiatra, bardzo dobrze wykształcony. Ok, prawie idealny - ma małą wadę, lubi czasem żywić się ludźmi. Tak, ten miłośnik sztuki i znawca win jest kanibalem. Nie można mieć wszystkiego, prawda? Oczywiście, kiedy zbadamy sprawę bliżej okaże się, że to nieobliczalny psychopata, który świetnie manipuluje ludźmi, aby zdobyć to, co zechce. W wykonaniu Anthony'ego Hopkinsa Hannibal to człowiek, który przeraża nawet wtedy, kiedy mówi cicho i spokojnie. W jego oczach bez trudu dostrzeżemy szaleństwo i ten niebezpieczny błysk, który powoduje gęsią skórkę. Najnowsza interpretacja tej postaci należy do Madsa Mikkelsena z serialu Hannibal. Przeraża spokojem, kulinarnymi żartami (publiczność od razu dostrzeże aluzje, pozostali bohaterowie są niczego nieświadomi) i przenikliwym spojrzenie. Dwa różne wcielenie, jeden świetny zły bohater - nie radzę wybrać się na kolację z Hannibalem, może okazać się wyjątkowo ciężkostrawna....

Drugi na liście jest jeden z największych wrogów Batmana, czyli Joker.
Joker to prawdziwy szaleniec. Nie liczą się dla niego pieniądze, zależy mu tylko na niszczeniu wszystkiego, co stanie mu na drodze. Uważa, że jest dopełnieniem Batmana - taki bohater jak Bruce Wayne potrzebuje według niego godnego siebie przeciwnika. W interpretajcji Heatha Ledgera mieliśmy okazję zobaczyć, jak wygląda prawdziwy maniak - kiczowaty makijaż, śmieszne stroje (aczkolwiek chciałbyś elegancki, w końcu nosił kamizelkę - kto w tych czasach nosi kamizelkę?), ale z drugiej strony obłęd w oczach i nigdy niezaspokojona potrzeba tworzenia chaosu i ranienia innych. 

Czas na przeciwników agenta 007.
Cykl o Jamesie Bondzie to nie tylko pościgi, kobiety i martini. To również cała galeria szwarccharakterów. Każdy z nich planował światową zagładę, międzynarodowy konflikt albo przynajmniej napad na najbardziej strzeżone miejsce w Stanach Zjednoczonych. Pochodzą dosłownie z całego świata - bycie czarnym charakterem to globalny zawód. Większość z nich ma słabość do pieniędzy, władzy i garderoby (aczkolwiek niektórzy powinni zainwestować w stylistę - jak na przykład widoczny na zdjęciu powyżej Javier Bardem w roli Silvy). Przeciwnicy Bonda to źli bohaterowie w naprawdę starym stylu (mimo, że używają nowoczesnych metod działania). 

Na tej liście nie mogło zabraknąć oczywiście Lokiego.

W filmach opartych na komiksach czarny charakter jest zazwyczaj czarno - biały, chce się zemścić na głównym bohaterze,  ciężko go polubić (nawet jeśli czasami rozumiemy jego argumentację). W tym przypadku zaczyna się podobnie - Loki chce się zemścić, bo dowiaduje się, że wbrew zapewnieniom nie zasiądzie na tronie. Na szczęście dalej jest już ciekawiej - Loki jest co prawda starszym synem Odyna, ale jest przybłędą, a nie jego rodzonym dzieckiem. Czuje się zdradzony i oszukany, niczym bohater z szekspirowskich dramatów (ogromny wpływ na taki charakter tej postaci mają dwaj panowie: Kenneth Branagh, reżyser i Tom Hiddleston, aktor - dwaj miłośnicy Szekspira). Loki jest oślepiony żądzą zemsty, nie zawaha się dosłownie przed niczym. Z kolejnych filmów (zwłaszcza z drugiej części Thora) dowiadujemy się, jak wielkie znaczenie ma dla niego władza, ale również pochodzenie i relacje rodzinne. Nigdy nie jesteśmy do końca pewna, po czyjej jest stronie, czy można mu ufać (no pewnie, że nie można!) ani jaki jest jego następny krok. 


Jim Moriarty - czarny charakter, który jest inspiracją całego wpisu (to on jest autorem tytułowego cytatu). Mojego ulubionego Moriarty'ego znajdziemy w Sherlocku, gdzie w rolę tego diabelnie inteligentnego przestępcy wcielił się absolutnie cudowny Andrew Scott. Jego Moriarty jest eleganckim mężczyzną w idealnie skrojonym garniturze (świetnie wygląda również w koronie), który w ciągu jednej sekundy zmienia się z dżentelmena w nieobliczalnego psychopatę. Podobnie jak Holmesa nie znosi nudy, jego żywiołem jest chaos. Jeśli planujecie oszustwo, zemstę albo nawet zabójstwo, zgłoście się do niego - jak sam twierdzi jest konsultantem kryminalnym i z chęcią pomoże Wam to wszystko zorganizować. Pojawia się w życiu Sherlocka, bo jak mówi, w każdej bajce potrzebny jest zły charakter, a on idealnie się do tej roli nadaje. To maniak, który nie cofnie się przed niczym, żeby skończyć to, co zaczął. Dobra rada - trzymajcie się od niego z daleka (zapraszanie na herbatę to też nie jest najlepszy pomysł). 

Koniec tej listy - kogo byście z niej skreślili, a kogo dopisali? Ja jestem ciekawa, czy po ostatnim w tym sezonie odcinku Sherlocka do spisu będzie można dopisać Charlesa Augustusa Magnussena, zwiastun zapowiada się interesująco... 

wtorek, 7 stycznia 2014

Autograf Rogera Moore'a

Uzupełniania kolekcji ciąg dalszy - tym razem autograf sir Rogera Moore'a. Jak zwykle w przypadku podpisów zdobytych dawno temu nie pamiętam terminu wysłania listu ani otrzymania odpowiedzi. Nie zmienia to jednak faktu, że jestem bardzo zadowolona z tego autografu zadowolona, to w końcu sam James Bond! :)

poniedziałek, 6 stycznia 2014

"The sign of three"

To naprawdę zaskakujące, że czekanie na 3 sezon było o wiele łatwiejsze (i o wiele dłuższe) niż czekanie na drugi odcinek. Minęło zaledwie kilka dni, a ja nie mogłam się już doczekać, żeby zobaczyć następną część. Smutne jest to, że pozostał jeszcze zaledwie jeden odcinek w tym sezonie (emisja już 12 stycznia), ale póki co nie myślę o tym. Dziś skupię się na tym, co obejrzałam wczoraj wieczorem - przed Wami odcinek 2, czyli The sign of three.
Uwaga! Możliwe spojlery!
John Watson i Mary Morstan biorą ślub, a przed Sherlockiem najtrudniejsze zadanie w życiu - wygłoszenie przemowy na weselu. Co może pójść nie tak? Znając Sherlocka, wszystko.
Zacznę po kolei. Przemowa. Przez dwa sezony zdążyliśmy wszyscy zauważyć, że Sherlock nie jest najlepszy w mówieniu do większej grupy osób (wystarczy przypomnieć sobie jego zeznania w sądzie). Mówi szczerą prawdę, a mało kto lubi tego słuchać. Początek nie był łatwy, ale z każdym słowem kupował mnie coraz bardziej. Muszę zaznaczyć, że cały odcinek to ślub i wesele, ale dzięki tej przemowie mamy okazję dowiedzieć się, co się działo w przeciągu kilku miesięcy od poprzedniego odcinka. Bez większych spoilerów, najlepsze wspomnienia to rozmowa Sherlocka z byłym chłopakiem Mary, wieczór kawalerski (wizja dedukcji Sherlocka - bezcenna!), Mary namawiająca Johna i Sherlocka do podjęcia nowej sprawy (jak można nie kochać Mary?!), przygotowania ślubne i Sherlock zdradzający Mary, co myśli o niej rodzina jej wybranka, John proszący swojego przyjaciela o bycie drużbą (to zaskoczenie Sherlocka, że po tym wszystkim co mu zrobił John uważa go za swojego najlepszego przyjaciela.... W tym momencie wzruszyłam się po raz pierwszy - a im dalej Sherlock przemawiał, to uczucie się tylko potęgowało) oraz ich rozmowa w parku. Hmmm, wymieniłam chyba większość....Wracając do przemowy, Sherlock wygłasza kilka zdecydowanie niepotrzebnych uwag, ale dalsza część to jest najbardziej wzruszająca przemowa, jaką kiedykolwiek słyszałam. A on nawet nie zdaje sobie z tego sprawy! (to zakłopotanie i natychmiastowe pytanie do Johna, a następnie reakcja Watsona - uwielbiam!). Następnie mamy mały przegląd spraw, nad którymi pracowali - i tu wracamy do tego, co już znamy z serialu, czyli zagadkę. Na jej rozwiązanie będziemy musieli trochę poczekać, ale jak zwykle będzie warto. Jeśli chodzi o akcję w tym odcinku, to tak naprawdę niewiele się dzieje - najważniejsze są relacje między bohaterami. Twórcy świetnie pokazali, jaki wpływ na Sherlocka ma John. Zmieniło go nie tylko ich wspólne mieszkanie i rozwiązywanie tajemnic, ale również te 2 lata, kiedy nie miał go przy sobie, a następnie wreszcie mogli znowu się spotkać. The sign of three to tak naprawdę przepiękny obraz niezwykłej przyjaźni (jak to przeczytałam w jednej recenzji, "it's a love letter to John"). Ogromnie spodobało mi się również, że relacja Sherlocka z Mary jest tak serdeczna. On ją naprawdę lubi - zresztą, jej się nie da nie lubić (ta scena pod pokojem majora Shelto!). Nie może być jednak za słodko, więc w menu weselnym znajdziemy również mordercę. Łatwo można zauważyć, jak Sherlock zmienia się, kiedy tylko odkrywa, że na sali siedzi potencjalny zabójca i jego ofiara. Mamy okazję wkroczyć z nim do jego pałacu myśli, gdzie zobaczymy dawno niewidzianą postać, ale co ważniejsze, widzimy, jak łączy fakty, aby dojść do rozwiązania zagadki. Nie mogę za dużo napisać, żeby nie zepsuć Wam niespodzianki, ale muszę przyznać, że ten odcinek mnóstwo cudownych cytatów, a zdecydowana większość jest autorstwa Sherlocka (i jeszcze jedno wtrącenie na temat Sherlocka - ostatnia scena całego odcinka? Naprawdę potrafią wzruszyć). Następny odcinek ma tytuł "His last vow" (Jego ostatnia przysięga) i w ostatnich minutach wczorajszego mamy się okazję, jaką przysięgę składa Holmesa. Szczerze? Jest cudowna i wzruszająca, ale mam nieodparte wrażenie, że w połączeniu z tytułem 3 odcinka i informacją, jaką dostajemy na koniec The sign of three daje to zapowiedź niezwykle emocjonującego zakończenia sezonu. I to niekoniecznie w pozytywnym tonie. Te dwa odcinki były wesołe i pozytywne, to oczywiste, że ostatni będzie ich totalnym przeciwieństwem. Z jednej strony nie mogę się już doczekać, ale z drugiej szkoda, że to już za tydzień czeka nas koniec. Tymczasem zachęcam do obejrzenia tego odcinka - warto! Ah, i jeszcze jedno - w tym odcinku jest mnóstwo wskazówek, jak się to wszystko skończy (niestety niektóre z nich stały się dla mnie oczywiste dopiero po zakończeniu oglądania), oglądajcie uważnie! :)
I dla zainteresowanych: zwiastun 3 odcinka.

Na sam koniec mała prywata - wczoraj świętowaliśmy ślub Johna i Mary, a dziś jest święto moich rodziców: dokładnie 24 lata temu wzięli ślub. Życzę im z tej okazji wszystkiego najlepszego! Wasze zdrowie kochani! :)

niedziela, 5 stycznia 2014

Ty druha we mnie masz!

Wszystkie filmy przygodowe opowiadają o dzielnym bohaterze, który szuka skarbów, walczy ze złem czy odkrywa wielkie sekrety. Prawie zawsze ktoś mu pomaga - dzisiejszy wpis poświęcam pomocnikom, przyjaciołom czy druhom poszukiwaczy skarbów albo dzielnych detektywów. Czas start! :)

Na sam początek dr Watson, czyli pomocnik i przyjaciel wielkiego Sherlocka Holmesa.
Sherlock jest genialny - nikt nie ma co do tego wątpliwości (no dobra, kilka osób uważa, że używa swego wielkiego umysłu do złych celów - patrz Anderson i Donovan, ale nikt nie wątpi w jego inteligencję, spryt i wiedzę). Należy jednak podkreślić, że wyjątkowo ciężko jest mu się odnaleźć w świecie pośród zwykłych ludzi. I tutaj pojawia się dr Watson - mniej genialny, ale zdecydowanie bardziej ludzki. To on próbuje go ucywilizować, uświadamia go, kiedy przekroczy granicę. Świetnie się uzupełniają. Nie miałam jeszcze okazji dobrze poznać dr Joan Watson (Lucy Liu) z Elementary, muszę w końcu nadrobić zaległości, ale mam już swoje zdanie na temat dr Watsona (Jude Law) z Sherlocka Holmesa w reż. Guy'a Ritchiego oraz dr Watsona (Martin Freeman) z Sherlocka. Ten filmowy jest dużo rozważniejszy od swojego współlokatora, chce się w końcu ustabilizować, ożenić, ale nie umie się powstrzymać przed zaangażowaniem w kolejną sprawę Sherlocka. Co do serialowego Watsona - jest absolutnie wspaniały. Tutaj mamy idealną kombinację świetnego scenariusza i świetnego aktora. Nie chcę ujawniać za dużo osobom, które przygodę z serialem mają jeszcze przed sobą, ale pierwsza scena z odcinka "Upadek z Reichenbach" jest jego najlepszą wizytówką (bo muszę podkreślić, że gra świetnie w każdym odcinku, nie tylko w tym). Oglądanie dr Watsona w wykonaniu Freemana jest prawdziwą przyjemnością.

Dalej przyjaciele Harry'ego Pottera, czyli Hermiona Granger i Ron Weasley. 
7 książek, 8 filmów, 10 lat - to wszystko, aby opisać historię jednego chłopca. Historię, która oczarowała miliony ludzi na świecie (słowo "oczarowała" użyłam specjalnie, bo jeśli jakimś cudem tego nie wiecie, Harry jest czarodziejem), w tym mnie. Jednak to nie tylko jego zasługa, że udało mu się dokonać tak wielu rzeczy - tak naprawdę prawie nic by mu się nie udało, gdyby nie jego przyjaciele - Ron i Hermiona, których po prostu uwielbiam. Uwielbiam ich osobno, od samego początku, uwielbiam ich również jako parę (najpierw potencjalną, potem prawdziwą). Hermiona jest niezwykle bystra, inteligentna, ma świetną pamięć, kocha książki i ma zawsze najlepsze oceny. Jednocześnie jest odważna, lojalna i nie boi się mieć swojego zdania. Co do Rona, to chłopak ma straszne kompleksy: jest rudy, pochodzi z licznej i niezbyt zamożnej rodziny, a jego najlepszy przyjaciel to sam Harry Potter, chłopiec, który przeżył. Czasami ma wątpliwości, czy to co robią, jest słuszne, ale w najważniejszych chwilach zawsze staje na wysokości zadania. Niezastąpione trio!

Skoro za tytuł wpisu służy cytat z piosenki z filmu Toy Story, to w tym zestawieniu nie mogło zabraknąć Chudego i Buzza Astrala.
Chudy to kowboj, Buzz to astronauta. Są zabawkami. Zabawkami, które ożywają w chwili, kiedy dziecko opuszcza pokój. Na początku nie pałają do siebie sympatią, Chudy jest zazdrosny, że Andy woli nową zabawkę niż jego, ale sytuacja zmienia się, kiedy jeden z nich potrzebuje pomocy. Na liście pojawili się obydwaj, ponieważ w I części Chudy ratował Buzza (a właściwie naprawiał sytuację, do której sam doprowadził), a w II części to Buzz ruszył Chudemu na ratunek. Przyjaciele, kompani, zabawki. Razem na koniec świata i jeszcze dalej!

Przedostatni jest najwierniejszy towarzysz Frodo, znany z Władcy pierścieni, hobbit Sam Gamgee.
Obejrzałam Władcę pierścieni już kilkakrotnie, prawie zawsze we własnej wersji reżyserskiej (czyli przewijamy prawie wszystkie sceny z Frodem). Nie lubię go, irytuje mnie, no po prostu nie mogę na niego patrzeć. Uważam też, że nie doceniał tego wszystkiego, co zrobił dla niego Sam. W końcu to on uratował mu tyłek, zanim zjadły go orki. Sam jest lojalny, odważny i zrobi wszystko dla swoich przyjaciół. Prawdziwy skarb.

Na sam koniec kompan pewnego zielonego ogra, czyli Osioł.
Czy jest jeszcze ktoś, kto nie zna tego irytującego, gadatliwego i zabawnego Osła? Sporo w tym zasługi polskiego dubbingu (brawa dla Jerzego Stuhra!), ale świetnie zdajemy sobie wszyscy sprawę, że gdyby nie Osioł, to Shrek nie poradziłby sobie tak dobrze z uwolnieniem Fiony ani nie odważyłby się o nią zawalczyć. Osioł może i dużo gada, śpiewa i nuci, ale bardzo zależy mu na szczęściu przyjaciół. Pierwszy rzuci się na poszukiwanie leczniczych kwiatów (niebieski kwiat i kolce!), dogada się ze smoczycą i kiedy trzeba powie kilka słów prawdy. I jak tu go nie lubić? :)

Na dziś to tyle, ja odliczam czas do nowego odcinka Sherlocka (tak, świetnie zdaję sobie sprawę, że jestem ostatnio monotematyczna, ale za tydzień wyemitowany zostanie ostatni odcinek i na razie się ciągle cieszę serialem, bo już niedługo cała przyjemność się skończy), a Was zostawiam z pytaniem, który z filmowo - serialowo - książkowych przyjaciół głównego bohatera jest Waszym ulubionym. Osioł, dr Watson, a może ktoś jeszcze inny?

sobota, 4 stycznia 2014

Znak czterech

W ramach oczekiwania na następny odcinek Sherlocka, przeczytałam wczoraj kolejną książkę sir Arhura Conana Doyle'a - tym razem czas na "Znak czterech".
Sherlock Holmes i dr Watson powracają w drugiej książce, aby rozwikłać sprawę pereł, zaginionego skarbu i tajemniczego morderstwa. Do detektywa zgłasza się panna Mary Morstan - jej ojciec zaginął w tajemniczych okolicznościach kilka lat wcześniej, a 5 lat po jego śmierci zaczęła dostawać przepiękne perły, jedną co rok. W końcu ktoś postanowił się z nią skontaktować osobiście, dlatego zwróciła się o pomoc do Holmesa. Początkowo łatwa sprawa zaczyna się komplikować coraz bardziej...
Uwielbiam Sherlocka. Uwielbiam go w filmowym wydaniu Roberta Downey Jr., jeszcze bardziej w serialowej wersji Benedicta Cumberbatcha, od pewnego czasu nadrabiam też zaległości w literackim pierwowzorze. "Studium w szkarłacie" mnie nie zachwyciło, ale postanowiłam nie odpuszczać tak łatwo. Na szczęście dla mnie okazało się, że "Znak czterech" spodobał mi się dużo bardziej. Intrygująca zagadka, fajne postacie i sam Sherlock. W tej części mamy okazję poznać go jeszcze lepiej: kiedy mu się nudzi, bierze kokainę (pobudza jego umysł, który nie ma nic do roboty, jeśli Sherlock nie rozwiązuje żadnej zagadki), ma o sobie wysokie mniemanie, świetny dar do udawania innych oraz poczucie humoru. Wątek Mary i Watsona mnie nie porwał, ale wszystkie minusy wynagrodził mi Holmes. W najbliższym czasie na pewno sięgnę po inne książki o najsłynniejszym detektywie, ale chwilowo nie mogę się doczekać kolejnego odcinka - to już jutro! :)

piątek, 3 stycznia 2014

Raz, dwa, trzy, umierasz ty!

Oglądam dużo seriali (według niektórych za dużo) i w prawie każdym jest postać, której delikatnie rzecz ujmując nie trawię. Wyznaję zasady niektórych scenarzystów, że nic tak nie ożywia serialu jak trup! Oczywiście bardzo często nie zgadzam się ze śmiercią mojej ulubionej postaci (ale o tym innym razem), dziś jednak lista bohaterów, których dla dobra serialu najchętniej bym uśmierciła - czas start!
Uwaga, spoilery! 
Motto dzisiejszego wpisu
Na sam początek przykłady z polskiego serialu, czyli Misja Afganistan. Od pierwszego odcinka dwie postacie działały mi na nerwy: pierwsza to Iwan, grany przez Mikołaja Krawczyka. Może to niechęć do aktora, a może fakt, że nie wierzę w takie wielkie przemiany w tak krótkim czasie, jaką przeszedł Iwan (od kochanie, aborcja to najlepsza decyzja do kocham moje nienarodzone dziecko). Nie wiem, wiem jednak, że nie zasmuciła mnie jego śmierć, w końcu od I odcinka liczyłam, że się go pozbędą. Drugą postacią, której bym zgotowała podobny los, był Młody. Matko, jak on mnie irytował! Po pierwsze w ogóle nie powinien znaleźć się na froncie, ale w serialu nawet ludzie, którzy nie zdają testów sprawnościowych ani psychologicznych moją jechać na wojnę. Po drugie, była spora szansa, że moja wizja jego losów się sprawdzi - został porwany. Pomyślcie, jak jego śmierć wpłynęłaby na fabułę - porwany polski żołnierz zostaje zabity, jeden z załamanych kolegów działa wbrew rozkazom i chce się zemścić. Super, nie? Nie, bo go uratowali. Wiem, jestem okrutna, ale zmarnowali taką piękną szansę, a poza tym naprawdę gościa nie lubiłam.
Kolejny na liście jest dr Shane Ross z Grey's Anatomy. Jaki on jest irytujący! Już sama jego obecność na ekranie powoduje u mnie skok ciśnienia. Szansa na śmierć była blisko (finał 9. sezonu), ale zamiast niego trafiło na inną stażystkę. Irytuje mnie jego przekonanie o byciu najlepszym (a wcale taki nie jest), to, że jest zaborczy, bez poczucia humoru, no i wyjątkowo bezczelny. Niech on wreszcie zniknie!
Kolejny jest Peter Russo z House of cards. Nie chodzi mi wcale o uzależnienie od narkotyków, ani o słabość do alkoholu i pięknych kobiet. Po prostu od samego początku działał mi na nerwy. Moim zdaniem kompletnie nie nadaje się do polityki: bardzo łatwo go zmanipulować, rzadko przejawia inicjatywę, a jak już to robi, to zazwyczaj źle się to kończy. Kompletnie mnie nie kupił i po cichu liczyłam, że ktoś go zlikwiduje - moje przeczucia się sprawdziły, kongresmen Russo został zamordowany. 
Następna jest Dana Brody z Homeland. To jedna z najbardziej irytujących nastolatek, jakie widziałam w serialach. Wiem, że jest w ciężkiej sytuacji (najpierw porwanie ojca, potem jego niespodziewany powrót, no i jeszcze świadomość, że tatuś planował zamach, sporo tego), ale nic nie poradzę, że działa mi na nerwy. Przez zdecydowaną większość czasu ma jedną i tą samą minę, a jej wątek naprawdę nie jest wcale taki interesujący, jak sądzą twórcy. Widzów interesuje Carrie, Nicholas, Saul i Queen, a nie uciekająca z domu małolata. 
Na sam koniec (będę dziś łaskawa, 5 potencjalnych ofiar wystarczy) jest Alicja Szymczyszyn, znana z trylogii Oficera (jej postać pojawia się w Oficerach i Trzecim oficerze). Nie lubię jej za to, że zepsuła mi przyjemność z oglądania Oficerów, że ciągle ma tą samą minę i irytujący głos. Tak naprawdę to nie lubię jej za całokształt i uważam, że jej śmierć dodałaby serialowi dramatyzmu i rozpędu. Najwyraźniej moja wizja losów Alicji nie była taka sama jak scenarzysty.
Na dziś to już wszyscy. Znikam oglądać kolejny serial (recenzja już wkrótce!), a do Was mam pytanie, czy jest jakaś postać, której byście się chętnie pozbyli? 

czwartek, 2 stycznia 2014

#Sherlocklives - "Empty Hearse"

Znacie to uczucie, kiedy oglądacie serial, a w środku sezonu twórcy serwują nam przerwę i musicie czekać 1,5 miesiąca, żeby zobaczyć kolejny odcinek? Na dodatek półfinał kończy się w takim momencie, że najchętniej od razu obejrzelibyście dalszą część? No właśnie. To teraz pomyślcie, że dostajecie jeden z największych cliffhangerów w historii telewizji + prawie dwa lata czekania (ja czekałam niewiele ponad rok, ale i tak to naprawdę długo). Nic dziwnego, że fani w oczekiwaniu na dalszy ciąg zaczęli tworzyć własne scenariusze. Domysłom nie było końca. Aż do wczoraj (było kilkudziesięciu szczęśliwców, którzy widzieli odcinek wcześniej, w towarzystwie twórców, ale reszta świata musiała czekać do nowego roku). #Sherlocklives!
Ostrzeżenie: w dalszej części mogą się pojawić małe spojlery!
Dla zachowania porządku: jeśli nie oglądałeś 1. i 2. sezonu serialu, to zamiast czytać ten tekst, uciekaj nadrobić zaległości, a jeśli już widziałeś, ale nadal nie zdążyłeś obejrzeć premiery 3. sezonu, to możesz czytać, ale lepiej najpierw zobacz odcinek. Warto!
A więc tak - Sherlock żyje. Wiemy to od końca 2 sezonu. Jest za to inna kwestia: JAK ON TO ZROBIŁ? Twórcy świetnie zdają sobie sprawę, jakim fenomenem jest serial, ewidentnie przeczytali kilka teorii na temat upadku i postanowili zrobić fanom prezent. Tak, prezent. Jeśli nie uwielbiacie Sherlocka, to ten odcinek może wydać się Wam dziwny, bo co to za serial o detektywie, gdzie zagadka kryminalna jest potraktowana marginalnie, a ważniejsze są relacje między bohaterami oraz miks szalonych teorii. Ale ten odcinek dla fandomu jest jak noworoczny prezent. Te wszystkie nawiązania do poprzednich odcinków (How would you know?), spiskowe teorie Andersona (muszę przyznać, że I wizja jak naprawdę wyglądał upadek jest cudowna! Sherlock niczym superagent, super!), reakcje pozostałych bohaterów na powrót Holmesa. Jeśli kochacie filmy o agentach, a zwłaszcza najbardziej znanego agenta na świecie, to również się nie zawiedziecie - w tym odcinku mamy mnóstwo scen, w których znajdziemy aluzje do Bonda. Sherlock obserwujący Londyn? Troszkę przypomina to Skyfall. Jest tego jeszcze więcej, ale przejdę to samych postaci, bo to one wywołały u mnie wczoraj najwięcej emocji. 
Zacznę od głównego bohatera. Sherlock powrócił po 2 latach, ale wciąż jest egoistą, który dziwi się, że jego przyjaciel otrząsnął się po jego śmierci i poszedł na przód. Oczywiście szybko zdaje sobie sprawę, jak bardzo mu brakowało Johna, ale nawet w czasie poważnej rozmowy nie potrafi opanować się od bycia wyjątkowo szczerym i złośliwym (ok, te wąsy naprawdę same się prosiły o żarty). W kilku scenach pokazuje swoje ludzkie oblicze (rozmowa z Molly czy absolutnie urocza scena z rodzicami), ale chwilę później znowu widzimy się Sherlocka, jakiego możemy widzieć najczęściej - brutalnie szczerego, ironicznego, który świetnie zdaje sobie sprawę ze swojej inteligencji i czasami lubi się popisywać. Do perełek wczorajszego odcinka zaliczam poza wymienionymi już scenami wszystkie rozmowy braci Holmes oraz scenę w metrze. Nie zdradzając za dużo napiszę tylko, że już dawno żadna scena mnie tak nie wzruszyła (i też nie wywołała takiego uśmiechu). Co do dr Watsona - John poznał kobietę, z którą pragnie się związać na stałe (planuje nawet zaręczyny, ale przeszkodził im pewien upierdliwy kelner...), ma wyjątkowo nudną pracę i powrót Sherlocka z zaświatów burzy układane od nowa życie. Wybaczenie nie przychodzi łatwo, emocje kilkakrotnie biorą górę, ale wszyscy dobrze wiemy, że ten duet nie umie żyć bez siebie. The game is on! Oczywiście w premierowym odcinku mamy okazję ponownie spotkać pozostałych bohaterów - panią Hudson (której reakcja na widok Sherlocka jest prawdopodobnie taka sama, jak wszystkich fanów na nowy odcinek), Lestrade'a i Mycrofta. Poznajemy również Mary, której naprawdę ciężko nie lubić. Wiadomo, ten odcinek był troszkę chaotyczny, wytłumaczenie tej najważniejszej zagadki nie okazało się wybitnie zaskakujące (aczkolwiek nie możemy być do końca pewni, że poznaliśmy tę prawdziwą wersję), chociaż jak to mówi sam Sherlock, wszyscy tylko narzekają. Nie zmienia to jednak faktu, że przez 1,5 godziny świetnie się bawiłam. To była naprawdę emocjonująca premiera sezonu, było wzruszająco, nerwowo, zabawnie (nie chcę mocno spojlerować, ale riposta Sherlocka pod koniec sceny w metrze jest absolutnie cudowna!), z uśmiechem do wiernych fanów. Wszyscy zagrali rewelacyjnie, ale oczywiście najlepszy był niezawodny duet, czyli Benedict Cumberbatch i Martin Freeman. Było super i chcę więcej! Kolejny odcinek już w niedzielę! (Jedyny minus to taki, że 12 stycznia wyemitowany zostanie ostatni odcinek 3 sezonu i zanim nakręcą kolejny sezon, to znowu trzeba będzie czekać bardzo długo....). A ja tymczasem idę obejrzeć wczorajszy odcinek jeszcze raz, tym razem na spokojnie ;)